
Z ręką na sercu - nie interesuje mnie za bardzo historia Polski. Z najważniejszych wydarzeń pamiętam pi razy drzwi jakieś daty i że ktoś komuś coś tam, ale wyszło inaczej. Z reguły na lekcjach w liceum przysypiałem, a że nigdy nie udało nam się zrealizować do końca materiału, więc wydarzenia z lat 1939-1989 mocno kuleją w mojej świadomości. Że wojna, komuna, PRL, Solidarność, papież i obrady Okrągłego Stołu - wszystko gdzieś się o uszy obiło, ale nigdy nie ciekawiło mnie na tyle, żeby się w to wgryzać. Zdarzyło się, to w porządku, ale po co patrzeć wstecz, przecież teraz jest inaczej. L.U.C natomiast pokazał mi, że być może do tej pory żyłem w błędzie.
Moje obserwacje naszej ojczyzny, które rozpocząłem albumem PLANET LUC - doprowadziły mnie do konkluzji, iż kompeltnie jej nie rozumiem.
I coś w tym jest, bo ja też nie ogarniam tego, co się dzieje w kraju nad Wisłą. Kiedy próbowałem czegoś się dowiedzieć, (bo nawet nie zrozumieć, za wysoki to level był) media zawsze serwowały kilka sprzecznych wersji a politycy zajmowali się wszystkim, tylko nie polityką. Dlatego też przez ostatnie lata wystrzegam się telewizji a po gazetę sięgam przeważnie do działu o kulturze. O bierzących wydarzeniach nic nie wiem i jakoś mi z tym dobrze. Ale L.U.C jakoś dziwnie poruszył moje sumienie. Może nie tyle on, co wybrane przez niego radiowe głosy, świadczące o wydarzeniach z tamtych lat. Fakt, mieliśmy przesrane, ale nic tu nie uderza w funeralny i cierpiętniczy ton, nie ma tu żadnej martyrologii. Jest nawet odwrotnie. Mówią do nas tamci ludzie, z czasów okupowanej Warszawy, z PRL-u, stanu wojennego, znajdujący się po jednej lub drugiej stronie barykady i to jest jakieś magiczne przeżycie. Rostkowski długo się nasiedział w Archiwum Polskiego Radia wybierając odpowiednie nagrania (wiele z nich nie trafiło na album z powodów prawnych), ale zaowocowało to niezłykłą opowieścią o legendzie 39/89. Bez upiększeń, moralizatorstwa, po to, żeby każdy mógł samodzielnie dojść do swoich wniosków.

Głosy przewijają się przez eklektyczne muzyczne tło, charakterystyczne dla dokonań L.U.Ca. Muzyka kameralna miesza się tu z mocno osadzoną elektroniką, dęciaki przypominają o jazzie, nie brakuje też gitarowych akcentów. Słucha się tego naprawdę dobrze, każdy utwór (nie wiem, czy to dobre słowo) po prostu rusza, klimat jest niepowtarzalny. Cały album to jedno wielkie muzyczne słuchowisko, podróż po przeszłości. Nie da się tego słuchać przy sprzątaniu czy surfowaniu po sieci, bo wymaga skupienia. Inaczej nie dotrze i nie poruszy. Osobiście przy Purrysowej klęsce czułem dreszcze, które często dawały jeszcze znać o sobie (pożegnianie ks. Jerzego Popiełuszki czyimś łamiącym się głosem, słowa papieża w Przebudzenie Boga 1978 "Niech stąpi duch Twój..."). Niesamowicie wbił mi się też Do roboty już bez IQ ze względu na swój słodko-gorzki charakter (absurdy PRL-u, "budujemy betonowy nowy dom" i ten mięsisty gitarowy riff). Naprawdę ciekawe wydawnictwo, niezaprzeczalnie oryginalne, które jest zapowiedzią większej całości - ma powstać bowiem film, muzyczny dokument zrobiony w estetyce teledysku (więcej w materiałach prasowych).
Pochwalić muszę jeszcze okładkę albumu. Sama w sobie już odpowiednio naprowadza na odpowiednie historyczne skojarzenia. I to oko, spojrzenie naszego orła w porównaniu z ledwo zaznaczonymi oczami czerwonego i czarnego.
L.U.C przekonał mnie, że jednak
Musimy pamiętać. Nie po to, by nienawidzić Rosjan czy Niemców, lecz by poprzez historię uczyć się lepiej decydować o przyszłości, a także by docenić ten piękny bajzel, w którym przyszło nam żyć.Idę więc odgrzebać zakurzone podręczniki do historii.
myspace
last.fm
oficjalna strona

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz