poniedziałek, 22 września 2008

Metallica - Death Magnetic




Jest lepiej. Znacznie lepiej niż na St. Anger. I werbel nie brzmi jak pusta puszka po piwie.
Po pięciu latach przerwy (pełnych spekulacji, czy Metallica dostatecznie się już pogrążyła, czy też nie) tych czterech zacnych gentelmenów wydało kolejny album – Death Magnetic. Znajduje się na nim dziesięć rozbudowanych kompozycji, których średnia czasu przekracza sześć minut. Poprawiło się brzmienie, już nie takie surowe, jak poprzednio, a bardziej dopieszczone i mięsiste. Kirk niczym syn marnotrawny powrócił do solówek i swój najlepszy popis daje w rozbrykanym Suicide & Redemption. Jednak mimo wszystko po przesłuchaniu całego albumu mam odczucie niesamowitej wtórności. The End Of The Line brzmi jak wymieszanie Master Of Puppets z For Whom The Bell Tolls (zwrotki). O ile pierwsze trzy utwory można przesłuchać nawet kiwając głową czy tupiąc nóżką, o tyle słuchając ballady o „dniu, który nigdy nie nadejdzie” można zasnąć, bo jest to nic więcej, jak siedmiominutowe przynudzanie. Ciekawiej dzieje się na The Unforgiven III – pomimo braku wstępu charakterystycznego dla poprzednich części, jest to moim zdaniem najlepszy song na płycie. Tło buduje kwartet smyczkowy, który nadaje klimatu jak na S&M, pojawia się więcej przestrzeni i jakiejś muzycznej głębi. Jednak jeden taki utwór na całej płycie to za mało. Zapowiadany w tytule wydawnictwa magnetyzm owszem, jest. I zabija – nudą.



oficjalna strona
myspace
last.fm

Meshuggah - ObZen




To nie muzyka. To ściana dźwięku, która miażdży bębenki tak, jak ciężarówka miażdży malucha. Radzę zapiąć pasy.
Powiem więcej – Szwedzi z Meshuggah kierują tą ciężarówką z matematyczną precyzją. Pokręcone i techniczne partie gitarowe przyprawiają o ból głowy ale wywołują też masochistyczny uśmiech. Brak tu tradycyjnych kompozycyjnych rozwiązań, przestrzeń gęstnieje od różnego rodzaju zapętleń czy połamanych rytmów (ukłony dla perkusisty). W muzykę trzeba się wgryzać, ale mięsiste brzmienie po prostu wgniata w karoserię.
Combustion to ruch z piskiem opon (ach, ten przesterowany bass), przy Bleed obserwujemy zderzenie w zwolnionym tempie (środkowa partia utworu). W okolicach tytułowego obZen chłopaki zwalniają, żeby móc rozkoszować się trajektorią lotu wyrzuconych w powietrze części (Lethargica, This Spiteful Snake). Jakby tego było mało, w zamykającym płytę Dancers To A Discordant System panowie wydają się przesiadać do walca i sadystycznie jeździć po wraku naszego kochanego maluszka. Kompozycja sięga prawie dziesięciu minut, pojawia się nawet dość specyficzne, nader przestrzenne solo, ulokowane na tle ociężałego technicznego riffu. Trudno o lepszą codę dla takiego grania.
Jedyne do czego mogę się przyczepić to wtórna i beznadziejna okładka. Cała reszta całkiem cacy. Brutalne granie proponowane przez Meshuggah nie spodoba się każdemu, należy raczej do kategorii „kochaj albo rzuć”. Jest trudne i męczące ale co tam, dociskam pedał gazu do podłogi. Replay ze zderzenia proszę.



oficjalna strona
myspace
last.fm

Jakub Żak - White Crocodile


Przy tej płycie można odpocząć. Jeżeli ktoś ma dość otaczającej go rzeczywistości i potrzebuje na chwilę wysiąść, jest to album właśnie dla niego.
Jakub Żak na swoim drugim krążku oferuje ciekawą mieszankę etno z elektroniką podaną w chilloutowy sposób. Odstaje jedynie pierwszy utwór, który jest nieco mocniejszy, ale w drugim pojawiają się motywy etniczne i na dobre zostają do końca płyty. Ciepły indonezyjski klimat pozwala się odprężyć i zrelaksować, instrumenty ładnie uzupełniają elektroniczne tło. Fragmenty pieśni ludowych wspiera swoim głosem Kasia Malenda, co pozostaje miłą pieszczotą dla ucha, zwłaszcza w Cave Cartoon. W utworze tytułowym i w Raga Parakeet Jakub wykorzystał materiały dźwiękowe, które nagrał podczas podróży po Indiach, Indonezji i Malezji, jednak – ku mojemu zaskoczeniu – są to jedyne utwory, które czerpią w prostej linii z tamtejszych kultur. Większość instrumentów nagrał sam Jakub i aż dziwne, że udało mu się utrzymać zarówno spójną warstwę brzmieniową, jak i egzotyczną atmosferę.
Całości wydawnictwa dopełniają zdjęcia z podróży zrobione przez muzyka, wydane we wkładce. Wystarczy zatrzymać na chwilę wzrok na twarzach sfotografowanych ludzi a potem zatopić się w muzyce. Zatrzyma się świat, powróci miarowy oddech i będzie można jechać dalej.



oficjalna strona
last.fm